Moonlight Sonata

4 Październik 2010


Na dzisiaj dwa zdjęcia. A ja wracam do nauki. Ych.

Pantomima na 16,4

28 Wrzesień 2010

Strasznie długo nic nie pisałam. Ale dzisiaj się zrehabilituję scenariuszem, który jest głównym sprawcą mojego wkurzenia. O tym jednak cichosza.

WYSTĘPUJĄ:
Wesołek – ciągle się uśmiecha i robi durne żarty

Smutas – przeciwieństwo Wesołka, ponury, smętny, z łezką przy oku

Śpioch- robi to co lubi najbardziej – śpi, czasem chrapie

Złośnik – ma złą minę, wiecznie gniewny

Strachuś – boi się własnego cienia, o cudzym nie wspominając

Fajtłapa – obiekt „żartów” Wesołka, totalna niezdara

Ninja – przyszły szpieg/złodziej/cośgorszego v lepszego

Piękniś – „a czyjej to piękne lico odbija się w lustrze?”, taki trochę Smerf- Laluś

Nauczyciel – człowiek „zły”

AKT I
Scena 1

(na scenie po lewej stronie ustawione biurko oraz dwa rzędy ławek (ustawione po dwie w każdym z rzędów) dla uczniów. Skromnie. Pojedyncze papiery na nauczycielskim buirku.)

WESOŁEK
(wchodzi z ogromnym uśmiechem w piżamce ew. szlafroczku. Podbiega do biurka i majstruje przy krześle: wyciąga pilniczek do paznokci i „nadpiłowuje” jedną z nóżek, aplikuje szpilki bądź gumę do żucia. Wszystko z ogromnym uśmiechem, jakżeby inaczej! Po robocie rozgląda się z miną „oj, ależ im zrobię psikusa” i rzuca papierek/mydło/skórkę od banana przy wejściu do klasy, czyli gdzieś po prawej stronie. „Chowa się” po prawicy i czeka na ofiarę)

ŚPIOCH
(wchodzi przyodziany w piżamkę. Zamiast oczu ma szparki- mimo wszystko trzeba widzieć, gdzie się idzie. Kroczy powoli szurając butami. Nieopatrznie wpada na biurko)

WESOŁEK
(widząc wpadkę Śpiocha zaśmiewa się instrumentalnym śmiechem rodem z Koziołka Matołka. Wyjmuje procę z kieszeni/nie wiadomo skąd i celuje w Śpiocha kulkami z papieru czy też sreberka. Jego celność nie jest tematem przewodnim, więc śmiało może pudłować ile wlezie)

ŚPIOCH
(jest tak śpiący, że nie słyszy śmiechu Wesołka. Kieruje się prosto do celu- pierwszego rzędu, miejsca pierwszego od lewej- jak najbliżej publiczności. Natychmiast po zdobyciu Everestu kładzie się na ławkę i zasypia.)

FAJTŁAPA
(wchodzi, gdy Śpioch jest już przy swojej ławce. Wlecze się trzymając przed sobą wypełniony po brzegi gorącą i widzialną tylko dla członków Bractwa Herbacianej Filiżanki (więc tylko dla Fajtłapy) herbatę.

WESOŁEK
(oczywiście się ożywia!)

FAJTŁAPA
(idzie z miną doniosę, nie doniosę, jak nie doniosę jak doniosę, a może jednak nie… Jednak to Fajtłapa i nie dane mu donieść aromatycznej herbatki. Nieszczęśnik wdeptuje w papierek czy cokolwiek innego pozostawione przez Wesołka i wylewa na siebie parzący napój. W tym momencie następuje chwila ciszy- zaskoczenie, a potem daje się słyszeć dźwięk- przeraźliwy krzyk/pisk rodem z horroru klasy C. Fajtłapa panikuje i biegnie do swego miejsca tak jakby trzymał płonącego ziemniaka.)

WESOŁEK
(trzymając się za brzuch prawie umiera ze śmiechu. Ociera łzy z oczu i chwiejnym krokiem- ze śmiechu!- dociera na miejsce- umiejscowione jak najdalej od nauczyciela)

ZŁOŚNIK
(jego wejście poprzedza seria dźwięków imitujących odgłosy walki. Wchodzi z wściekłą miną i szybkim krokiem kieruje się na swoje miejsce. Po drodze zderza się z Wesołkiem, którego odpycha)

WESOŁEK
(odepchnięty przez Złośnika pokazuje mu wielce obraźliwy gest np. wystawia język, gra na nosie czy też łączy pokazywanie języka z ukazywaniem walorów swoich uszu. Złośnik tego nie widzie, więc Wesołek może żywy dotrzeć na miejsce)

SMUTAS
(wchodzi na scenę przy akompaniamencie jakiejś smętnej muzyki z nieodzowną paczką chusteczek higienicznych- delikatnych i pachnących. Chce usiąść na miejsce, ale Wesołek odsuwa mu krzesło, przez co Smutas ląduje na pupie. Towarzyszący przy tym odtwarzany śmiech Wesołka doprowadza go do płaczu ogromnego, co można usłyszeć chwilę później (jakieś ryki i greckie płaczki nagrane). Siada na krzesełko i łka w chusteczkę)

STRACHUŚ
(zaraz po Smutasie wchodzi Strachuś. Oprócz obowiązkowej piżamki ma na ramionach zarzucony kocyk- niby dodający odwagi, pod pachą ściska misia, a na głowie ma czapkę niepozwalającą kosmitom czytać w jego myślach. Trwożnie rozgląda się na wszystkie strony.)

NINJA
(jako jedyny ma czarną twarz z białym paskiem na oczy. Na scenę wchodzi krokiem antyterrorysty czy też policjanta CSI sprawdzającego czy dom jest pusty. Zaczyna skradać się do Strachusia- tu pojawia się znany motyw z Różowej Pantery. Wyciąga batonik i przytyka go do pleców Strachusia niczym pistolet)

STRACHUŚ
(gdy tylko Ninja go dotyka automatycznie podnosi ręce do góry, gotowy umrzeć ze strachu. Miś i kocyk spadają.)

NINJA
(klepie Strachusia po ramieniu, podnosi kocyk i misia i podaje je biednemu, przerażonemu koledze. Dodatkowo wciska przestraszonemu batonik. Obydwoje zajmują swoje miejsca- Strachuś powoli, Ninja krokiem szpiega na tropie)

WESOŁEK
(jest trochę naburmuszony tym, że ktoś inny śmie robić żarty, ale zaraz się rozchmurza. Ma genialny plan- składa dłonie jakby chciał zagrać na trąbce bądź wuwuzeli i z płyty czy innego nośnika danych odtwarzany jest ryk trąbki bądź słonia)

STRACHUŚ
(teatralnie się przeraża i mdleje)

WESOŁEK
(instrumentalny śmiech)

PIĘKNIŚ
(wchodzi na dźwięki śpiewu ptaków. Jako jedyny jest uczesany, rzecz by można, przylizany. Stylowa piżamka, w dłoni lusterko. Głowa wysoko uniesiona, wyprostowana sylwetka, wszystkich mierzy z góry. Idzie koliście poruszając biodrami, rzekomo z klasą i wdziękiem)

WESOŁEK
(szczerzy żujkę biegnąc na spotkanie z Pięknisiem. Kłania mu się w pas, na co Piękniś odpowiada królewskim skinieniem głowy. Nagle rozczochruje pięknie ulizane włosy „boskiego” i i ucieka przy dźwięku beep beeep Strusia Pędziwiatra uciekającego przed Kojotem.)

PIĘKNIŚ
(zaskoczony i oburzony spogląda w lusterko. W tym momencie przydałby się głos Mamma mia! kucharza od Baltazara Gąbki. Pospiesznie siada na miejsce i przez resztę przedstawienia układa swoje włosy)

Scena II
(teraz wszyscy siedzą już w klasie i „czekają”, aż zjawi się nauczyciel)
WSZYSCY
(w chwil, gdy włączają się odgłosy wuwuzeli (bądź roju pszczół), uczniowie robią to, co leży w ich kwestii (np. śpioch- śpi, piękniś- układa włosy itd.). Latają samolociki, kulki z papieru, wytwarzają się popychanki i siłowania na rękę. Ogólnie ma być przedlekcyjny rozgardiasz)

NINJA
(stoi przy „drzwiach” pełniąc wartę i nasłuchuje, czasem podgląda przez dziurkę od klucza. W pewnej chwili macha rękoma i gestem nakazuje ciszę)

WSZYSCY
(wuwuzele czy też rój pszczół nagrany na cd milknie. Każdy wraca na swoje miejsce, niektórzy siedzą sztywno. Śpioch śpi- to bardzo ważne, żeby spał!)

NAUCZYCIEL
(nim pojawi się na scenie obowiązkowo musi zagrać mroczna, przerażająca i podnosząca napięcie melodyjka np. tudududududuuuuuum! Po niej następuję cisza i wchodzi on- nauczyciel! Strachuś mdleje ze strachu. O! Aby wszyscy zorientowali się o jak przerażające stworzenie chodzi, nauczyciel zostanie zaopatrzony w kajecik z bijącym po oczach napisem: DZIENNIK oraz dostanie okulary na nos. Siada on sobie na krześle.)

WESOŁEK
(wcześniej majstrujący przy nauczycielskim krześle z trudem powstrzymuje się od głośnego śmiechu- zakrywa usta i cieszy się do publiki)

NAUCZYCIEL
(nic mu nie jest, bo to odporna bestia. Obserwuje klasę w milczeniu)

ŚPIOCH
(postanawia zmienić pozycję na autobusową, tj. opiera oparcie swojego krzesełka o ławkę z tyłu i mocno odchyla głowę do tyłu, by spać z otwartą buzią)

NAUCZYCIEL
(odkłada dziennik i z przerażającą miną obserwuje Śpiocha)

ŚPIOCH
(cisza jest przerwana nagłym chrapaniem z playbacku)

WESOŁEK
(ze śmiechu spada z krzesła)

NAUCZYCIEL
(podchodzi do nieszczęśnika jakim jest śpioch i budzi go. Na tablicy pisze: „100x NIE BĘDĘ SPAŁ NA LEKCJI” po czym daje kartkę i długopis Śpiochowi. Odwraca się i idzie do biurka)

ŚPIOCH
(na początku skrobie coś po papierze, ale, gdy tylko nauczyciel odchodzi oddaje się w ręce Morfeusza)

NAUCZYCIEL
(bierze z biurka podręcznik, coś w nim pokazuje, a potem dużą ilością gestykulacji wyjaśnia i przybliża uczniom temat lekcji. To w teorii…)

UCZNIOWIE
(…a w praktyce: wszyscy uczniowie, oprócz Śpiocha- śpi oraz Pięknisia- poprawia włosy, mają zdziwione miny, patrzą po sobie, kręcą głowami, wzruszają ramionami, słowem- totalne niezrozumienie)

NAUCZYCIEL
(po zadaniu kilku ćwiczeń siada i obserwuje uczniów)

UCZNIOWIE
(co chwila zerkając na nauczyciela pilnie robią zadania)

NAUCZYCIEL
(wsadza nos w dziennik zapominając o wszystkim)

UCZNIOWIE
(może grać wuwuzela, ale cicho. W końcu nie chcemy, by nauczyciel na nas popatrzył. Kulki z papieru i samoloty latają po klasie. Trwa to chwilę. Gdy tylko nauczyciel podnosi wzrok, iczniowie natychmiastowo powracają do pilnej nauki)

NAUCZYCEL
(spuszcza wzrok na dosłownie 3 sekundy)

UCZNIOWIE
(przez dosłownie 3 sekundy jest harmider- potem go nie ma)

NAUCZYCIEL
(znów patrzy na uczniów i tym razem na dłużej, spuszcza wzrok do dziennika)

UCZNIOWIE
(Znów jest chaos. Wszędzie latają samolociki, a jedna z papierowych kulek trafia w nauczyciela co przyjęte jest zgrozą. Wszyscy milkną i czekają na rozwój akcji)

NAUCZYCIEL
(Wstaje, podnosi kulkę z papieru, palcem wskazuje po uczniach niczym jasnowidz przepowiadający kto wygra Mundial 2018. Jego palec pokazuje jednego z uczniów- obojętne którego. W klasie jest totalny paraliż i strach. Całą sytuację ratuje dzwonek)

UCZNIOWIE
(z wyraźną ulgą wybiegają z klasy zostawiając nauczyciela samego)

NAUCZYCIEL
(przechadza się między ławkami, podnosi jeden z samolocików, wraca do biurka i staje na nim. Stojąc tak puszcza samolocik i patrzy jak ten szybuje. Zwinnym krokiem zeskakuje z biurka i oddala się ze sceny niczym samolot – przy dźwiękach odrzutowca, albo jak motocyklista – przy dźwiękach motoru)

GR’10: Obiektywnie patrząc

24 Sierpień 2010

Dzisiaj w ramach zakończenia notek o Grecyjce nie trzeba nic czytać (oprócz tego) tylko oglądać. Oto kilka najlepszych zdjęć. Enjoy the show!


GR’10: Skseruj mi linijkę

12 Sierpień 2010

Dzisiejszą notkę zacznę dialogiem, który był zabawny, kiedy był świeży. Teraz to już nie śmieszy, ale wyjaśni Wam tytuł notki. Bo co ma linijka do Grecji? Otóż ma. I to wiele.

Teatrzyk “Nieśmieszne dialogi” ma zaszczyt przedstawić:
“Porozumienie”

WYSTĘPUJĄ:
Osoba A
Osoba B

Osoba A
(dzierżąc w ręku kartkę i patrząc na nią)
Den ksero elinika.

Osoba B
(nie wiedząc o co chodzi i niedosłysząc lekko)
Skseruj mi linijkę?

Osoba A
(jakby to było oczywiste)
Nie rozumiem greckiego.

Kurtyna
(zapada pomalowana w grecką flagę )

Flaga

Tadaam. Jak można się zorientować “den ksero elinika” oznacza “nie rozumiem greckiego”. Notka ta będzie opowiadać właśnie o problemach językowych i o ciekawych zdarzeniach. Zaczynamy więc! Jeszcze momencik, bo muszę wyciągnąć mój magiczny zeszycik i już raczę Was jak to z tymi językami było (i ludźmi przy okazji).

Pierwszy dzień w Grecji i od razu mnóstwo przygód i wyzwań czekało na nas. Pierwsza przygoda to niebezpieczna wyprawa przez miasteczko. Po wielu niedogodnościach losu, ale z pomocą świecącego słońca dotarliśmy na plażę. I już po paru minutach każdy osobno i wszyscy razem wiedzieli jedno: od plażowych sprzedawców się nie opędzimy! Co chwila między turystami krążyli ‘Mudzini’ z okularami, bransoletkami czy tatuażami. Jednak był pewien pan, który chodził z pączkami, zachwalając je na wszystkie sposoby. W pewnym momencie, przechodząc dość blisko nas krzyknął: Pączki, pączki, zajebiste! Gdy nasza grupa to usłyszała zabrzmiał jeden wielki śmiech i rechot. Pan Pączkarz orientując się chyba, że ma do czynienia z Polakami (których tam jak mróków) zagadał: Chcesz pączka? Nikt jednak nie chciał i biedaczek poszedł dalej. Od tego momentu wszystko potoczyło się gładko, bo potyczek językowych było bez liku.

Pan Mudzin z okurarami : )

Jeszcze tego samego dnia dostaliśmy Challenge: Pączki. Na czym to polegało? Ano na tym, by wymyślić dla Pana Pączkarza różne śmieszne rymowanki, które pomogłyby mu w sprzedaży owych słodkości polskim turystom. W czteroosobowej grupie, składającej się tylko z dziewcząt wymyśliłyśmy aż 22 rymowanki. Udostępnię Wam tylko kilka z nich ///aaa, głupia wielka brzęcząca mucha bez jednej nogi mi wpadła do pokoju! wrrrrrr!///, tylke te najlepsze ///albo i bez dwóch nóg o-O///. Oto i one:

Moje zajebiste pączki chętnie oddam w Wasze rączki!

Dziewuszko!? Chcesz pączka? TO SE KUP!

Jedzcie pączki, pączuszki, bo od tego rosną brzuszki (cycuszki).

i totalny hicior wprost z upalnej Grecji:

Pączek, pączek co wyzwala,
moja mama go zachwala,
a mój tato go… <cenzura>!
: )

Oczywiście nasza grupa wygrała ten challenge, nie było wątpliwości. : ) Ale na drugi dzień ten sam Pan P. zaskoczył nas swoim nowym wierszykiem. Pewnie jakiś podstępny Polak mu to podrzucił. ]:->
Pączki, pączki na śniadanie, jak spróbujesz to ci stanie!
Jak zapewne można się domyślić od polskiej grupy wyszedł kolejny ryk śmiechu. Tym razem PP chyba go nie dosłyszał, bo niezrażony kroczył dalej brzegiem plaży.

Kolejny dzień i kolejne wyzwania oraz przygody-niekoniecznie miłe.
Otóż po południu wybraliśmy się na boisko. Razem z kilkoma dziewczynami poszłyśmy popatrzeć na mecz piłki nożnej w wykonaniu polskich grup. Rozmawiałyśmy sobie i szczerze powiedziawszy, mecz nas nie obchodził. Ale obchodził kogoś innego. Podeszła do nas bowiem dziewczynka i zamiast przywitać się kulturalnie dowaliła nam z grubej rury pytaniem:
Do której klasy chodzicie? Dopiero potem zapytała o imiona. Nie skomentuję kolejności, nie byłaby dobrym śledczym, to wiem na pewno. Gdy dowiedziała się, że tylko oglądamy mecz, zaperzyła się i oświeciła nas iż nasi przegrają, bo ich są lepsi. Zaskoczyła nas tym, ale kolega od nas, pomyślał trzeźwo i zapytał się dziewczyny, jak można wygrać na jedną bramkę? Tym razem ona została zaskoczona, więc odwróciła się na pięcie i wróciła do swoich kumoszek. Następnie ona i jej koleżaneczka objawiły nam swoją głupotę, gdy nazbierawszy trochę siana podeszły do nas pytając czy chcemy to dla królika. Zaprzeczyłyśmy, jednak one były nieustępliwe, gdyż ich towar był za jedyne 10 euro. Po kolejnej odmowie odwróciły się i ciesząc ryje wyrzuciły siano za siebie. To miał być chyba zamach terrorystyczny na nas, ale coś im nie wyszło. Kiedy wróciły do swojej ‘bazy’ poczęły śpiewać jakże szczeniacką i prostacką pieśń: Wasi to cioty, a nasi brać się do roboty! Jednak to, co zrobiły potem przechodzi ludzkie pojęcie. W skrócie: poszły sobie, obrzucając wcześniej nas sianem (to nic, że nie trafiły), wyzwały, a ja dowiedziałam się, że wyglądam na szóstą klasę podstawówki. Biedne głupiutkie i żałosne dzieci. :C
W tym dniu odbyło się również obowiązkowe kibicowanie Urugwajowi oraz, kto chciał, Niemcom. Gdy kroczyłyśmy do hotelu chłopców, pytałyśmy się wszystkich napotkanych ludzi za kim są. Okazało się, że wszyscy (oprócz pana od nas) była za Niemcami. Zawiedzione znalazłyśmy się w hotelu i już wszyscy usadowiliśmy się przed telewizorem. Jednak nie mogliśmy w spokoju wśród własnych okrzyków i kłótni oglądać meczu, gdyż jakieś małe dzieci, do tej pory nie wiem skąd one się tam wzięły, zagłuszały nas i ewidentnie były za Niemcorami. Ci, którzy oglądali ten mecz wiedzą, iż Urugwaj przegrał, ale za to w jakim stylu! Po meczu kibice Urugwaju jako przegrany zakład musieli odtańczyć coś śpiewając przy tym. To musiało wyglądać dość dziwnie, kiedy kilka dziewczyn, facet i kilku chłopców tańczyło kankana krzycząc, niezrozumiale czasami,
Urugwaj! Urugwaj!

rasberry, bo nie było strawberry

W szóstym dniu naszego greckiego wesela była wycieczka na Skiathos. Tam również nie obyło się bez językowych wariacji na temat Polski. Po zwiedzeniu wyspy, a raczej po wejściu na punkt widokowy i zejściu z niego mieliśmy czas wolny. Wyczerpani gorącem i palącym słońcem ruszyliśmy w swoje strony. Razem z dziewczynami wybrałyśmy się do restauracji. Kelner zadziwił nas, kiedy zapytał czy jesteśmy z Polski. Potwierdziłyśmy, a on zadziwił nas jeszcze bardziej mówiąc: Kraków, Warszawa, Katowice, Wrocław? Noo, to teraz wiemy kto im daje zarabiać. ; > Czas nasz na Skiathos dobiegał końca i trzeba było wracać do siebie, po przypłynięciu do portu usadowiliśmy się w autobusie. Niektórzy z nas odkryli jego magiczne zastosowanie- spali z latającymi na wszystkie strony głowami. Ja również się ułożyłam a raczej poskręcałam na fotelu i ze słuchawkami w uszach słuchając mojej ukochanej muzyczki zamknęłam oczy. Wydaje mi się, że nie spałam wtedy w ogóle, a tylko leżałam i odgrywałam swą rolę umarlaka, ale mogę się mylić.

Kolejny dzień nie był wcale łatwiejszy, bowiem stolik nasz (przy którym siedzieliśmy w szóstkę) doznał totalnej irytacji i wkurzenia na poziomie 78%. Dlaczego? Na lunchu nie dostaliśmy jedzenia. Zapomnieli o nas, a gdy łaskawie przypomnieli sobie coś stało się z maszyną i musieliśmy czekać. Doprawdy, zabawne. Kiedy cała grupa skończyła już jeść i wychodzili, mu jeszcze siedzieliśmy opijając się wodą z kranu. Ale wszystko potem zostało mi (nie wiem jak innym) wynagrodzone. Zdjęcie z gołą klatą, znaczy z ratownikiem to gratka! Wprawdzie ma na sobie spodenki moro, a nie jak by się od ratownika wymagało pomarańczowe, ale jak nam wytłumaczył miał wtedy dzień wolny.

Dzień ósmy nastał. Ten dzień śmiało można określić jako ‘międzynarodowa integracja’. Po sjeście wyruszyliśmy na plażę, jedni z zamiarem ponowne zamoczenia się w morzu i plucia cholernie słoną wodą, inni z zamiarem poodbijania sobie piłki. Ja byłam w tej drugiej grupie. Po naradzie wojennej postanowiłyśmy zaprosić nieznajomych nam chłopców do gry. Ci, na początku, odpowiedzieli, że nie chcą, ale nie minęło 40 sekund, a już dołączyli do naszego kółka. Jak widać, też potrzebowali omówienia planu. Jak się okazało byli to Serbowie i zaprosili nas na oglądanie meczu, jak to jeden z Serbów powiedział “Polska wysy Serbia”. Na początku się nie zrozumieliśmy, ale w końcu umówiliśmy się na 8 p.m. Po kilku przygodach oglądnęłyśmy mecze kibicując Serbii. Nie wiem w końcu kto wygrał i chyba nikt tego nie wie. Kilka godzin później wyruszyliśmy na ostatnią dyskotekę przed objazdówką. Po długich namowach koleżanek zgodziłam się pójść. I nie mam czego żałować, bo spotkałam faceta, który wydarł mi się do ucha (kuźwa, moje bębenki!) Are you from Poland? Gdy kiwnęłam głową krzyknął ile miał sił w płucach do mojego biednego lewego ucha KOCHAM CIĘ! Zabawniejszy będzie fakt, iż mówił tak każdej dziewczynie z Polski. Już wiadomo kogo tam najwięcej. Nie wspomnę już, że puszczane były polskie piosenki. :D Jednak co było dobre się skończyło, bo wywiązała się bójka. I to poważna. Nasza grupa zawinęła się stamtąd zostawiając prawie pusty parkiet.

Następny dzień to pożegnanie z morzem. I rozpoczęcie objazdówki, innymi słowy siedzenie w autobusie i spanie to nasze główne zajęcia na ten czas. Oprócz zwiedzania, oczywiście. Dnia dwunastego, gdy zmierzaliśmy do celu naszej podróży- kolejnego hotelu w którym zatrzymamy się na noc (ten miał basen! ;3), upewniliśmy się, że nasz przewodnik jest dziwny. Czekając przy autobusie aż reszta wróci ze sklepu umieraliśmy z gorąca. Nasze jęki usłyszał własnie ten pan i kopcąc swoją fajkę stwierdził, że jemu jest zimno. Wszyscy zgromadzeni usłyszawszy to mieli miny a’la zonk. Gdy został zapytany, kiedy jest mu gorąco odpowiedział: Kiedy nie jestem sam w łóżku. Doznaliśmy jeszcze większego szoku, a niektórzy musieli zbierać swoje oczy z ulicy, aż tak wytrzeszczyli oczy. Reszta podróży minęła bez ekscesów i wybryków.

Czas wracać. Po otrzymaniu biletów na prom prawie umarłam. Przyzwyczaiłam się, że większość ludzi (i to znaczna) przekręca moje nazwisko. Rozumiem, że jest ono trudne, ale to co zobaczyłam na bilecie to była przesada. Wytłumaczyłam sobie, że jestem za granica i skoro w moim kraju dodają literki czy całkowicie zmieniają pisownię i wymowę nazwiska, to tym bardziej tutaj. Poza tym mam znaki polskie, a te literki które zmienili po przymrużeniu oczy wyglądają podobnie do tych na które je zamienili. Mimo wszystko bez problemów wkroczyłam na pokład.

Widoczek
Powyżej macie widoczek z promu, kiedy staliśmy jeszcze w porcie, wiatr miętosił nam włosy i ubrania, a jakaś babka mówiła coś po angielsku, niemiecku, francusku i po jakiemuś jeszcze. Miło było oddychać tym wieczornym, a raczej nocnym już powietrzem, nie wiedząc jeszcze, że nie będzie można dopchać się do łazienki, gdyż Gruzinki będą kursować tam, zostawiać swoje włochy na umywalce, majtasy na klamce i swoje żele pod jednym prysznicem na całą chałastrę. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że zbuntują się i zajmą również męską toaletę. Natychaliśmy się i to było dobre. Nie trwało to w nieskończoność i wracaliśmy już do Polski. Jeszcze tylko przystanek w Czechach na obiadek, pyszny swoją drogą, przy którym można było zaznajomić się trochę z czeskim i już-już byliśmy w domku. Gdy wysiadaliśmy z autobusu mieliśmy zatańczyć rodzicom i innym osobom, które przyszły po odbiór swoich członków rodziny, grek zorbę, ale nic z tego nie wyszło, bo każdy poszedł w swoją stronę. Pół godziny później, może 40 minut, leżałam już w swoim łóżeczku. 


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.